Tragicznie zmarłego polskiego alpinistę pożegnała również pierwsza jego żona Małgorzata Lebda. "Żegnaj Kacper. Jestem wdzięczna za te ponad dziesięć lat, w których sobie towarzyszyliśmy. Inspirujący, mocny, wymagający był to czas ()". Przypomnijmy, alpinista Kacper Tekieli chciał chciał zdobyć wszystkie - 82
Fot. Materiały prasowe Mercedes O TYM SIĘ MÓWI Justyna Kowalczyk i Kacper Tekieli wzięli ślub! Panna młoda wybrała nietypową kreację Podzieliła się wyjątkowym zdjęciem! Gratulujemy! Fot. Materiały prasowe Mercedes To wspaniała wiadomość nie tylko dla fanów sportu! Justyna Kowalczyk, wybitna biegaczka narciarska, wzięła ślub z ukochanym, alpinistą Kacprem Tekieli! Sportsmenka podzieliła się pięknym zdjęciem z uroczystości na swoim Twitterze. Zobaczcie, jak wyjątkowa była jej suknia ślubna! Wzięli ślub na biegunie, dziś są skłóceni. Oto historia relacji Michała Wiśniewskiego i Mandaryny Jak poinformowała szczęśliwa panna młoda, ceremonia odbyła się wczoraj, 24 września 2020 roku. „Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że na wszystko w życiu musi przyjść odpowiednia pora. Od wczoraj Justyna Kowalczyk-Tekieli”, napisała pod fotografią, opublikowaną na Twitterze. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że na wszystko w życiu musi przyjść odpowiednia pora. Od wczoraj Justyna Kowalczyk - Tekieli ❤️ — Justyna Kowalczyk - Tekieli (@JuiceKowalczyk) September 25, 2020 Wielbiciele sportsmenki są zachwyceni jej wyborem kreacji ślubnej. Justyna Kowalczyk wyszła za mąż w czerwonej sukni, a w ręku trzymała bukiet słoneczników. Wyglądała zjawiskowo, a pomysł na tak odważną stylizację na pewno zainspiruje fanki biegaczki narciarskiej do słusznych eksperymentów z modą. Justyna Kowalczyk i Kacper Tekieli spotykają się od ponad roku. Rzadko wtajemniczają media i fanów w swoje życie prywatne, ale było wiadome, że para planowała pobrać się w maju tego roku, jednak ze względu na epidemię koronawirusa datę zmieniono. Zakochani postanowili wziąć ślub w tajemnicy. Serdecznie gratulujemy i życzymy wszystkiego, co najlepsze! @ Lebda pisze o ciele nie tak, jakby w nim żyła, ale tak, jakby to ciało z nią współżyło. Posiada własne emocje i potrzeby. To ciało wymagające i chorowite. Problemy z tarczycą, atopowe zapalenie skóry, opryszczka (zimno), coś ciągle dokucza, a ono wysyła odpowiednie sygnały. Ona (osoba) jest wobec ciała cierpliwa i wyrozumiała.
i Justyna Kowalczyk i Kacper Tekieli dch | ch 2020-09-25 21:16 Kacper Tekieli, kim jest narzeczony Justyny Kowalczyk? Alpinista Kacper Tekieli to świeżo upieczony mąż Justyny Kowalczyk. Jak się poznali? Zakochana Justyna Kowalczyk wzięła ślub w czwartek, o czym poinformowała na Twitterze! Słynna narciarska i jej przystojny narzeczony, alpinista Kacper Tekieli zaręczyli się w Boże Narodzenie, mieli pobrać się w maju, ale plany pokrzyżowała im pandemia koronawirusa! Na zdjęciach widać, że są bardzo szczęśliwi. Zobacz, kim jest Kacper Tekieli. Kacper Tekieli: KIM JEST mąż Justyny Kowalczyk - Tekieli? Justyna Kowalczyk i Kacper Tekieli właśnie wzięli ślub! Dwukrotna mistrzyni olimpijska w biegach narciarskich poznała Kacpra Tekielego w górach. On jest wspinaczem i instruktorem wspinaczki, ona dzięki niemu łyknęła alpinistycznego bakcyla. Ich znajomość trwa od lata. W październiku 2019 roku pokazali się po raz pierwszy publicznie podczas gali 100-lecia PKOl w Warszawie. Ich związek rozwijał się bardzo szybko! Ślub miał odbyć się już w maju, ale został przełożony z powodu pandemii koronawirusa. - Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że na wszystko w życiu musi przyjść odpowiednia pora. Od wczoraj Justyna Kowalczyk - Tekieli - napisała w piątkowy wieczór Justyna Kowalczyk - Tekieli. Kim jest Kacper Tekieli? Czym się zajmuje? Ile lat ma Kacper Tekieli? Dowiecie się poniżej. Justyna Kowalczyk WZIĘŁA ŚLUB w CZERWONEJ sukni i ZMIENIŁA nazwisko [ZDJĘCIE] Kim jest Kacper Tekieli? ZDJĘCIA. Czym jest zajmuje? Justyna Kowalczył i Kacper Tekieli W Boże Narodzenie zaręczyli się. Do tej pory ani ona ani on nie wypowiedzieli publicznie ani słowa o zaręczynach czy o małżeństwie. Niedawno tylko na zdjęciu na Twitterze pojawił się tajemniczy pierścionek na palcu znakomitej narciarki. Wspólne zdjęcia Justyny i Kacpra wskazują, że każde z nich wreszcie trafiło na drugą połówkę jabłka. Łączy ich też wspólna pasja do gór. Razem wspinali się po zboczach Turbacza (1310 m) w Gorcach, Aiguille du Midi (3842 m) we francuskim masywie Mont Blanc, Monte Cornetto (1889 m) we Włoszech czy na skałkach w Adršpachu w Czechach. Razem kwestowali też w styczniu na Kasprowym Wierchu na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Kacper Tekieli: WIEK, ILE MA LAT Kacper Tekieli ma 36 lat i pochodzi z Gdańska, skąd przeniósł się do Krakowa. Ma tytuł magistra filozofii. Jako alpinista wspinał się w Europie, Ameryce Płd. i w Azji. Specjalizuje się w szybkim pokonywaniu gór. W pięć godzin wbiegł na wierzchołek Elbrusu na Kaukazie (5642 m). W 17 i pół godziny pokonał cztery granie szczytu Matternhorn (4478 m) w Alpach. Pandemia pokrzyżowała plany narzeczonym, ale jak widać czas i miejsce nie miało dla nich znaczenia. Po tym poznaje się prawdziwą miłość!
Kacper Tekieli był w Alpach z rodziną - Justyną Kowalczyk-Tekieli, polską biegaczką narciarską, oraz półtorarocznym synkiem Hugo. Para poznała w 2019 roku podczas jednego z kursów Staram się być empatyczna, więc książki pożyczam. Lubię, kiedy wracają do mnie i noszą ślady czytania. Z Małgorzatą Lebdą, poetką, stypendystką Poznańskiej Nagrody Literackiej 2017 rozmawia Anna Solak. Co w tej chwili czytasz? Mnóstwo rzeczy, dzielę uwagę pomiędzy prozę, esej, poezję, lektury czysto akademickie i książki związane ze wspinaniem. Wspinasz się? Tak. Mój mąż jest himalaistą, wspinanie to właściwie miła, ale i wymagająca konieczność naszego bycia razem. To swoją drogą ciekawe, jak nasz dom jest podzielony tematycznie, właściwie według naszych konkretnych pasji i zamiłowań: jedna z jego części jest zarezerwowana dla pozycji związanych z górami, inna dla poezji, kolejna dla prozy, a przy moim biurku są obszary eseju, dzienników i reportaży. Czytam impulsywnie i chaotycznie, potrzebuję różnych bodźców. Pewnie cię to nie zaskoczy, że jedną z moich aktualnych lektur są wiersze Stanisława Barańczaka. Wróciłam do nich po latach. Ale przy tym – jeśli mówić tylko o poezji – czytam mnóstwo nowości, z przerwami na klasykę: Różewicz, Miłosz. Od momentu wydania przez WBPiCAK „Wierszy zebranych” Juliana Kornhausera sięgam po tę książkę bardzo często. Cieszę się, że dzięki temu wydaniu można tę twórczość objąć w całości. O ile dobrze kojarzę, dużo jest do obejmowania. Zdecydowanie. W dodatku lubię się nią dzielić. Czytając, robię zdjęcia i wysyłam do znajomych, o których wiem, że dany wiersz coś w nich poruszy. Te teksty są wizjonerskie, niesłychanie aktualne. Innym poetyckim olśnieniem było wydane w Biurze Literackim „21 wierszy miłosnych” Adrienne Rich. To intymne wiersze pisane przez kobietę do kobiety. Przepiękne, poruszające. Podobnie jest z listami Iwaszkiewicza do Błeszyńskiego. Kompletny zachwyt! Ale i smutek, bo to jednak ostatecznie żadne love story. Porażające, jak zmienny jest Iwaszkiewicz w tych listach – czuły, gdy pisze o skórze kochanka i o tym, że kupił mu krawat, a za moment wściekły, gdy dowiaduje się, że ten nie jest wobec niego do końca uczciwy. A co z prozą? Czytam właśnie „Ruiny i zgliszcza” Wellsa Towera. Moc! Poza tym „zmagam” się z prozą Karla Ove Knausgårda. W tej chwili jestem przy ostatnim tomie „Mojej walki”. To narkotyczna lektura. Lubię jego zamiłowanie do szczegółów. Poruszył mnie wątek śmierci ojca. Jest taki fragment – dzieje się na przestrzeni kilkudziesięciu stron – kiedy autor wraz z bratem porządkują dom po zmarłym, proste czynności urastają tam do rangi symbolu. Knausgård zmaga się z przeszłością, wystawiając siebie i bliskich na całe spektrum emocji, wszystko jest bardzo sensualne – to lubię w literaturze. Jeśli miałabym podać jeszcze kilka nazwisk, do których aktualnie wracam w lekturze, to byliby to: Wiesław Myśliwski, Thomas Bernhard, Witold Gombrowicz i jeszcze Herta Müller, która jest dla mnie niebywale poetycka. Robi w prozie to, czego często poszukuję właśnie w poezji. Dotyka istoty, o której – podejrzewam – poeci marzą. Ty też? Nie myślę o tym w kategoriach zazdrości, ale w kategoriach rozszerzania wrażliwości. Patrzę na nią z uwielbieniem za to, że pokazuje, w jaki sposób można pracować w języku. I jeszcze jedna bardzo ważna dla mnie kobieta – Susan Sontag, której „Dzienniki” i pozostałe książki – jestem o tym przekonana – wpłynęły na moje życiowe wybory. To wspaniałe uczucie, kiedy po skończeniu „Dzienników” miałam wrażenie, że właśnie przeżyłam czyjeś życie. Jest dla mnie ważna, bo pokazała kobiecą siłę, stała się jedną z najważniejszych myślicielek współczesności i zrobiła to siłą własnego umysłu. Bardzo ważna lektura, zwłaszcza dzisiaj, w dobie czarnych protestów. Sontag pokazała, że warto inwestować w siebie, podążać za instynktami. I jeszcze, że mądrość czyni nas silniejszymi. I na tym polega nasza autonomia? Tak uważam. Skoro przeszłyśmy do tego w naturalny sposób – dzielisz literaturę na kobiecą i męską? Absolutnie nie. Nigdy nie patrzyłam na nią w ten sposób. Pytanie jest oczywiście sztuczne, bo i te podziały są sztuczne. Moim zdaniem literatura dzieli się po prostu na dobrą i złą. Akurat w przypadku tegorocznej Nagrody – Stypendium im. Barańczaka dominowały kobiety, więc chcę myśleć, że chodzi tylko o jakość. Ja też chcę wierzyć, że zawsze tak jest. Wracając do książek – Twoje cyrkulują po świecie? We wszystkich życiowych aktywnościach staram się być empatyczna, więc książki pożyczam. Lubię, kiedy wracają do mnie i noszą ślady czytania, bo to oznacza, że żyją. Sama najczęściej pożyczam od mojej siostry bliźniaczki. Basia zakreśla, podkreśla, stawia pytajniki, robi przypisy na marginesach. To dodatkowa wartość lektury: dzięki temu widzę rytm jej czytania, w jaki sposób książka na nią działała, sprawdzam przy tym, czy na mnie działa w ten sam sposób. A co z nowoczesnymi nośnikami? Czytnikiem, audiobookami? Dla mnie to, że mogę położyć się na łóżku i poczuć ciężar książki jest bardzo ważne. Często zasypiam z książką na piersiach. Ważna jest też okładka, lubię ją czuć, badać. O zapachu książki już nawet nie wspomnę. Poza tym nasze koty – Azja i Ignacy – uwielbiają kłaść się w czytanych właśnie książkach. Trudno im to odbierać. Kolekcjonuję też stare fotografie, które służą mi potem za zakładki. No a jak ich użyć w czytniku? W takim razie masz coś wspólnego z Jackiem Dehnelem. On też kolekcjonuje stare zdjęcia. Ciekawe jest dla mnie to, że książki wciągają te fotografie. Zdążę o nich zapomnieć, a tu niespodziewanie po pięciu latach zdjęcia odnajdują się w jakiejś książce. To miłe odkrycia. Niestety, podkreślam, załamuję rogi, czasem czynię też zakładkami, co tylko podejdzie mi pod rękę: aktualny bilet miesięczny, listy, banknoty… Niestety? To jeszcze nie najgorsze, co można zrobić książce. Niektórzy wyrywają im kartki i noszą je potem przy sobie. Martin Pollack opowiadał mi o pracowniku internatu, w którym mieszkał jako chłopiec, który takie wydarte strony na zawsze wyrzucał. Taka nonszalancja połączona z pewnością siebie. O nie, naprawdę? W takim razie muszę jeszcze popracować nad swoimi technikami (śmiech). Wracasz czasem do swoich pierwszych książek? Jeśli chodzi o książki z dzieciństwa ważną lekturą były dla mnie „Dzieci z Bullerbyn”, których świat przypomina mi własną wioskę, Żeleźnikową Wielką, leżącą w Beskidzie Sądeckim. Ważne są też tomy poetyckie i proza Tadeusza Nowaka. Był bardzo uwrażliwiony na kwestię zwierząt. Można powiedzieć, że jego teksty wpisują się w dzisiejszą ekopoetykę. Od pierwszego przeczytania „Czarodziejskiej góry” wracam do niej często, ale w sposób bardzo nieusystematyzowany, można chyba powiedzieć kompulsywny, jestem pod ogromnym wrażeniem języka, otwieram ją na chybił trafił i daję się porwać. Mam znajomą, która codziennie otwiera Biblię, czyta jakiś fragment i twierdzi, że zawsze dopasowuje się on do jej codziennego życia. Myślę, że mam podobnie z Mannem. Czyli to, co w książce nagle wychodzi z książki do życia? Nikt wcześniej mi o tym nie opowiadał, ale może to kwestia twojej poetyckiej wrażliwości. Chyba trzeba to sobie po prostu uświadomić. Też wcześniej o tym nie myślałam, dopiero nasza rozmowa wydobyła to na światło dzienne. Lubisz albo nie cierpisz jakiegoś bohatera literackiego? To bardzo dobre pytanie. Niech pomyślę… Kto mi zaszedł za skórę? Niekoniecznie zaszedł, choć umówmy się – zazwyczaj źli bohaterowie są ciekawsi od tych dobrych. W pierwszym momencie przyszedł mi do głowy narrator „Mojej walki”, czyli sam autor. Jest nieobliczalny i to mi się w nim podoba. Sama mam stosunkowo uporządkowany tryb życia, praca na uniwersytecie poukładała mi pewne rzeczy, ale miewam momenty, w których myślę o tym, żeby to wszystko rzucić i wyjechać na wieś albo w góry. Brzmi jak standardowa narracja pracownika korporacji. Niestety, uczelnia to w pewnym sensie też korporacja. Mówię to ze smutkiem, a mam oczywiście na myśli całą tę administracyjną otoczkę, nie dydaktykę, którą osobiście uwielbiam. Ale wracając do „Mojej walki” – ta książka potrafi uwrażliwić. Teraz inaczej patrzę, inaczej obserwuję. To też wielka siła literatury, dzięki dobrej książce przechwytujemy czy też uczymy się innych narracji. Przyłapuję się często na tym, że na przykład jadąc pociągiem czy tramwajem, patrzę na ludzi i… …i myślisz Knausgårdem? Tak. Choć czasem jego narracja bywa po prostu wkurzająca. Można go kochać albo nienawidzić. Ale coś musi w nim być, skoro wracamy do niego już trzeci raz. Przypomina mi to „Małe życie” Hanyi Yanagihary, moje ostatnie olśnienie, które też jest obłędnie wciągające, zarywa noce i sprawia, że koleżanka, której poleciłam tę książkę, wysyła mi SMS-a: „Przez ciebie płaczę na 208 stronie…”. Świetnie! Wspaniała rekomendacja. Przeczytam tę książkę! rozmawiała: ANNA SOLAK MAŁGORZATA LEBDA (ur. 1985) – poetka, nauczycielka akademicka, fotograficzka. Dorastała w Żeleźnikowej Wielkiej, beskidzkiej wsi. Doktor nauk humanistycznych (specjalność teoria literatury i sztuk audiowizualnych). Autorka czterech tomów poetyckich (ostatni to „Matecznik”, WBPiCAK, Poznań 2016). W 2017 roku została laureatką Poznańskiej Nagrody Literackiej – Stypendium im. Stanisława Barańczaka. Ultramaratonka i taterniczka. Mieszka w Krakowie. ANNA SOLAK (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki darzy miłością nieokiełznaną i bezgraniczną, czytając je namiętnie w każdej wolnej chwili i dowolnym miejscu.
Małgorzata Lebda opublikowała na Facebooku wpis, w którym nawiązała do wspólnych lat. Żegnaj, Kacper. Jestem wdzięczna za te ponad dziesięć lat, w których sobie towarzyszyliśmy.
Kacper Tekieli jest świeżo upieczonym mężem Justyny Kowalczyk. Polska multimedalistka olimpijska wyszła za mąż w czwartek 25 września. Kim jest mąż Justyny Kowalczyk - Kacper Tekieli? Przedstawiamy jego sylwetkę: wiek, zdjęcia, Instagram. Kacper Tekieli – kim jest? Chcesz być na bieżąco? Śledź Radio ZET - SPORT na Facebooku Kacper Tekieli - kim jest mąż Justyny Kowalczyk? Kacper Tekieli – SYLWETKA. To tylko jedno z pytań zadawanych przez polskich fanów najlepszej biegaczki narciarskiej w kraju. Poniżej przedstawiamy, kim jest Kacper Tekieli, mąż Justyny Tekieli - mąż Justyny Kowalczyk [SYLWETKA]Kacper Tekieli po raz pierwszy pojawił się publicznie u boku Justyny Kowalczyk na październikowej gali 100-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Już wtedy widać było, że mężczyzna nie jest tylko przyjacielem byłej biegaczki narciarskiej, ponieważ para trzymała się za Kowalczyk wychodzi za mąż [ZDJĘCIA]Kacper Tekieli: Wiek, zdjęcia, Instagram. Kim jest mąż Justyny Kowalczyk?Kacper Tekieli ma 36 lat i pochodzi z Gdańska. Studiował filozofię, którą ukończył z dyplomem magistra. Później przeniósł się do Krakowa. Po przeprowadzce Tekieli zafascynował się wspinaczką, gdzie w pierwszej wyprawie udał się w Bieszczady. Kilkukrotnie wspinał się na szczytach Tatr, Alp i Himalajów. W swoim dorobku ma także wyprawy w Colorado w USA. Razem z Adamem Bielecki i Jackiem Czechem zdobył szczyt Matterhorn. Aktualnie jest też instruktorem wspinaczki sportowej. Można go znaleźć na Instagramie pod nickiem @kacpertekieli. - W górach wszystkie rzeczy dzieją się naprawdę. Nie ma konwenansów, udawania, to pierwotny świat. Nie ma miejsca na błędy, trzeba dążyć do perfekcji w tym, co się robi. Naprawdę jest zimno, naprawdę człowiek się boi, naprawdę słońce świeci w oczy do granic bezpieczeństwa. Prawdziwa jest też przyjaźń i śmierć. Wszystko jest namacalne i bardzo blisko. Wydaje mi się, że każdy człowiek ma taką tęsknotę za prawdziwymi wartościami - tak o swojej pasji wypowiada się Kacper Tekieli specjalizuje się w wejściach w ekspresowym tempie. Wbiegnięcie na najwyższy szczyt Kaukazu (Elbrus – 5642 m zajęło mu niecałe pięć godzin. W 2018 roku Kacper Tekieli wziął udział w międzynarodowej wyprawie, której zadaniem było wyznaczenie nowej drogi na Broad Peak. Wówczas w trakcie poprowadzenia nowej trasy ucierpiał Stando Vrba, któremu na pomoc natychmiast ruszyli przebywający na K2 Andrzej Bargiel i Janusz
Małgorzata Lebda „sierpień”Nowy Napis co Tydzień #002Zobacz więcej na www.nowynapis.euWydawcą portalu NowyNapis.eu jest Instytut Literatury (instytutliteratu
– Istotą wspinania jest współpraca, partnerstwo, poświęcenie, rozumienie potrzeb drugiej osoby. Jest lista celów każdej wyprawy: wrócić w komplecie, jako grupa przyjaciół, a dopiero kolejne to cele sportowe. Podzielam ten pogląd. Samo wejście na szczyt, ukończenie drogi czy odwrót kilkadziesiąt metrów przed szczytem to indywidualne wartości ważne dla nas czy naszych ambicji. Natomiast wydaje mi się, że jedzie się po to, żeby próbować, spędzać tam czas, wspinać się. Sam fakt wspinania, bycia “w drodze” najważniejszy – opowiada Kacper Tekieli*, himalaista i alpinista, instruktor wspinaczki sportowej. Fot. Renata Dąbrowska JAKUB KNERA: Urodziłeś się nad morzem. Co zachęciło cię do wspinania po górach? KACPER TEKIELI: Jeżdżenie z rodzicami na narty w góry w młodości. To nie miało nic wspólnego ze wspinaniem, ale sam górski klimat i otoczenie, przyroda, zachęciły mnie do tego, aby tam wrócić. Dopiero po wielu latach – bo stosunkowo późno zacząłem się wspinać – powróciło to do mnie. Od razu natomiast poświęciłem temu sto procent swojego czasu. Kiedy? Nie do końca zdawałem sobie sprawy jak ważne są dla mnie góry. W pewnym momencie pojawiła się we mnie nostalgia, pewnie jeszcze w liceum. Zacząłem tam jeździć, natomiast na dobre wszystko rozkręciło się na studiach. Byłem na filozofii i wziąłem urlop dziekański – stwierdziłem, że przez rok chcę pomieszkać w górach. Pojechałem w Bieszczady, co uświadomiło mi, że to otoczenie jest dla mnie. Tam podjąłem kluczowe decyzje na temat tego, że chciałbym się później wspinać po górach drogami wspinaczkowymi. To wszystko rozegrało się w mojej głowie, nikt nie zabrał mnie na żaden szczyt. Co dają ci góry? Tam wszystkie rzeczy dzieją się naprawdę. Nie ma konwenansów, udawania, to pierwotny świat. Nie ma miejsca na błędy, trzeba dążyć do perfekcji w tym, co się robi. Naprawdę jest zimno, naprawdę człowiek się boi, naprawdę słońce świeci w oczy do granic bezpieczeństwa. Prawdziwa jest też przyjaźń i śmierć. Wszystko jest namacalne i bardzo blisko. Wydaje mi się, że każdy człowiek ma taką tęsknotę za prawdziwymi wartościami. To dla ciebie sport czy turystyka? Część wspinaczy wyrasta ze sportu i środowiska sportowego, mi bliżej do turystyki. Ważniejsza jest dla mnie przygoda a nie wynik. Oczywiście poziom sportowy w pewnym momencie nabrał znaczenia i zaczęło mi na nim zależeć – jest we mnie obecny duch sportowy i chęć poprawy wyników, mierzenia się z trudnościami, chęć porównania się z innymi. Nie jestem niezależny czy wolny od konkurencji. Góry dają mi właśnie to: skrajny realizm i sportowego ducha. Jak z Bieszczad trafiłeś w trudniejsze miejsca? Kiedy chodzenie zmieniło się we wspinaczkę? W Bieszczadach w Schronisku pod Małą Rawką, poznałem ludzi, którzy się wspinali, jeździli w wyższe góry i to mnie zainspirowało. Wcześniej chodziłem już trochę po Tatrach i pozwalałem sobie na łatwiejsze drogi wspinaczkowe, nie wymagające ode mnie znajomości technik asekuracyjnych. Po zakończeniu urlopu dziekańskiego zrobiłem kurs skałkowy, potem taternicki, następnie taternicki drugiego stopnia. Pomyślałem, że skoro tak późno się wspinam, muszę nadrobić ten stracony czas. A kursy na pewno minimalizują ilość własnych błędów, na których człowiek się uczy, a więc chodzi nie tylko o czas, ale też bezpieczeństwo. Fisher Towers w stanie Utah, fot. Małgosia Lebda. Chciałeś być bliżej gór? Wiedziałem, że jeśli chcę się tym zająć na serio, muszę zamieszkać na południu Polski. Najpierw wyjechałem na pięć miesięcy na Alaskę, żeby zobaczyć to miejsce, ale też tam zarobić. Spędziłem tam bardzo udany sezon wspinaczkowy. Po powrocie, jako świeżo upieczony magister filozofii byłem gotów robić wszystko. Traf chciał, że znalazłem bardzo fajną pracę w Murowańcu, górskim schronisku. Przez tydzień pracowałem, a kolejny tydzień miałem wolny i tak cały czas. Spędziłem intensywny rok – częstotliwość z jaką się tam wspinałem mogłaby obdzielić początkującego wspinacza na cztery sezony. Robiłem to non stop. Ile byłeś w Murowańcu? Rok. Potem pojechałem do Krakowa, gdzie poznałem swoją przyszłą żonę. To miasto również jest bardzo dobrym miejscem, bo daje możliwość codziennego jeżdżenia w skały, ma infrastrukturę, która sprzyja treningowi wspinaczkowemu, a nad ranem w Tatry jedzie się stamtąd w godzinę i piętnaście minut. Powiedziałeś, że w pewnym momencie postanowiłeś zająć się wspinaniem „na serio”. Co to znaczy? Jeżeli chce się chodzić na trudne drogi wspinaczkowe, ściany o dużej powadze, gdzie możliwości asekuracji są słabsze albo chce się robić przejścia bez asekuracji, trzeba to robić często, żeby nabrać biegłości. Nie mam na myśli wypraw czysto turystycznych, ale w momencie, kiedy pojawia się możliwość zagrożenia życia, zagrożenia błędu, trzeba być w tym specjalistą – trzeba spędzać w górach co najmniej 120-150 dni w roku, nie licząc treningów na sztucznych ściankach i skałach. To wchodzi w krew. Z drugiej strony pojawia się ryzyko wpadnięcia w rutynę. Koncentracja to we wspinaniu podstawa. Po Tatrach chciałeś wchodzić wyżej? Myślałem o tym od początku mojej przygody ze wspinaniem. Dużo rozmawiałem o najwyższych górach – Karakorum, Himalajach – które zawładają umysłem. Wiedziałem, że w tamtym momencie, w 2006 roku, było jeszcze sześć niezdobytych zimą ośmiotysięczników, a wszystkie do tamtego czasu były zdobyte w tej porze roku przez Polaków. To taka narodowa specjalność: dużo cierpienia i tak dalej (śmiech). Bardzo zawładnęła mną myśl o K2 – to mityczna i niebezpieczna góra, na którą nikt nigdy nie wszedł zimą. Do dziś jest jedynym ośmiotysięcznikiem, który nie ma zimowego wejścia a do tego jest to drugi najwyższy szczyt świata. Praktycznie od początku o tym marzyłem, ale chciałem przejść klasyczną drogę wspinacza – wspinać się bardzo dużo, „robić metry”, wspinanie skalne, wspinanie w górach, wspinanie zimą, zdobywanie doświadczenia wysokościowego – żeby zobaczyć jak reaguje organizm na brak tlenu. Potem poznałeś Artura Hajzera, twórcę i szefa programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015. Zaproponował mi wyjazd w Himalaje. Nie osiągnąłem tam wielkiego sukcesu, ale na pewno zdobyłem kolejne doświadczenia, poznałem dobrze swój organizm i czuję, że to teraz procentuje, chociaż cały czas jestem na drodze nauki. To jest to dążenie do perfekcji i ciągłe wynajdywanie swoich braków – bardzo tego potrzebuję. Jeden z pierwszych sezonow w Tatrach, fot. Jędrzej Myśliński. Czym różni się organizowanie wyprawy zima od tej latem? Paradoksalnie latem jest więcej śniegu. Zimą wiatr jest tak mocny, że śnieg wywiewa. Zostaje szary lód. Zimą ginie mniej ludzi, jest mniejsze zagrożenie lawinowe, ale jest tak cholernie zimno – temperatury osiągają -40 czy -50 stopni – że to bardzo paraliżuje ruch. De facto nie byłem nigdy na wyprawie zimowej na ośmiotysięczniku. Najwyższe góry, na których wspinałem się zimą to Alpy. Ale przyznam, że z czasem ta zima w górach wysokich przestała mnie interesować. Dlaczego? Zrozumiałem, że istotą alpinizmu jest przejście trudnej ściany w jak najbardziej sprzyjających warunkach. A więc musi być jak najlepsza pogoda, jak najbardziej logiczna linia przejścia – zima jest tego zaprzeczeniem. Co było twoim sukcesem w Himalajach? Moja pierwsza wyprawa na Makalu skończyła się akcją ratunkową, w której udało się uratować dwóch kolegów, u których później doszło do licznych amputacji. Byli w nią zaangażowani ratownicy szerpańscy. To coś, co zostawiło we mnie bliznę. W następnych latach wziąłem udział w wyprawie na Broad Peak Middle, gdzie podjęliśmy decyzję o powrocie sześćdziesiąt metrów od szczytu, za sprawą mojej decyzji. Oceniłem, że poruszamy się zbyt wolno, grań do zjazdu jest bardzo niebezpieczna. Jedyne wejście, w 1975 roku, polskie z resztą, zakończyło się śmiercią kilku uczestników powodu kruchej skały. To wszystko miałem z tyłu głowy i bardzo blisko szczytu podjąłem decyzję o odwrocie. Niedawno byłem na wyprawie na Shivling w Himalajach Gharwalu w Indiach, gdzie działaliśmy w trzech niezależnych zespołach, ale w jednym z nich – na ścianie obok – doszło do wypadków śmiertelnych. Moje doświadczenia z Himalajami są dosyć ciężkie i na razie można powiedzieć, że pobrałem solidne lekcje. Czym więc jest sukces we wspinaniu? Mówi się, że nie sztuką jest wejść na szczyt, ale trzeba z niego zejść. Sukces ma kilka wymiarów. Stricte sportowym sukcesem jest poprowadzenie czy też powtórzenie drogi, szczęśliwe zejście. Istotą wspinania jest jednak współpraca, partnerstwo, poświęcenie, rozumienie potrzeb drugiej osoby. Jest lista celów każdej wyprawy: wrócić w komplecie, jako grupa przyjaciół, a dopiero kolejne to cele sportowe. Podzielam ten pogląd. Samo wejście na szczyt, ukończenie drogi czy odwrót kilkadziesiąt metrów przed szczytem to indywidualne wartości ważne dla nas czy naszych ambicji. Natomiast wydaje mi się, że jedzie się po to, żeby próbować, spędzać tam czas, wspinać się. Sam fakt wspinania, bycia “w drodze” najważniejszy. A co, kiedy trzeba się cofnąć? Jedna osoba nie da rady i podejmujecie taką decyzję? Jeżeli jest możliwość bezpiecznego odwrotu części zespołu to nie jest to żadna zdrada, nawet jest to wskazane: część realizuje plan, a część dba o to, żeby zadośćuczynić potrzebom kogoś słabszego czy chorego. Na pewno złą sytuacją jest, kiedy trzeba jak najwięcej rąk, żeby sprowadzić kogoś na dół, a ktoś inny kontynuuje atak na szczyt. Broad Peak Middle jest trzydzieści metrów niższy od głównego wierzchołka Broad Peak, znajdującego się w tym masywie, ale jest znacznie trudniejszy i bardziej skalisty. Na główny wierzchołek wchodzi się bez większych trudności, tutaj jest o wiele trudniej. W latach siedemdziesiątych to był największy poziom trudności, jaki człowiek pokonał na takiej wysokości. Mieliśmy zespół trójkowy, więc konfiguracja nie umożliwiała, aby ktoś zszedł bezpiecznie, a jednocześnie ktoś wszedł – ktoś musiałby zostać sam. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? W zespole jest tak, że jeśli jedna osoba uzna, że nie powinniśmy wchodzić wyżej to reszta – jeśli są dobrymi partnerami – musi go posłuchać. Właśnie dzięki takim szybkim, prawidłowym decyzjom i zrozumieniu pozostałych członków zespołu zjechaliśmy bezpiecznie i tego samego wieczora byliśmy na obozie trzecim na wysokości 7100 metrów. Można powiedzieć, że cała wyprawa jest bez historii, w tym również bez złej historii. Na przełęczy Broad Col (7850 m npm), w drodze na Broad Peak Middle, Archiwum Kacpra. Mówiąc „bez historii” masz na myśli to, że nie udało się wejść na szczyt? Celem zastępczym było wejście na główny wierzchołek Broad Peak i to się udało innej trójce. Fajnie było wrócić z poczuciem, że coś się zrealizowało. Natomiast umówmy się, że w dzisiejszych czasach wejście normalną drogą na ośmiotysięcznik w pełnym sezonie nie należy już do wyczynów sportowych. To osobiste sukcesy poszczególnych osób. Ja uważam, że wyprawa nie odniosła sportowego sukcesu, ale zrealizowała te dwa pierwsze punkty, o których wspomniałem: wróciliśmy wszyscy i w dobrej komitywie. W Himalaje jedzie się długo, musisz przejść przez kilka obozów. Cała wyprawa trwa kilka tygodni. Masz szczyt na wyciągnięcie ręki, jesteś na końcu i decydujesz o odwrocie. Co ma się wtedy w głowie? To bardzo trudne decyzje, przeżywa się duże rozterki. Ale zawsze po udanym wycofie – a miałem bardziej skomplikowane wycofy w życiu – mam poczucie niedosytu, ale jednocześnie satysfakcji, że udało się zrealizować jakąś akcję bezpiecznie. Muszę powiedzieć, że te endorfiny buzują w człowieku tak samo jak po wejściu na szczyt. Poczucie panowania nad sytuacją jest najważniejsze i ono daje szczęście. Jak przygotowujesz się do wyprawy w Himalaje? Nie przygotowuję się jakoś szczególnie ponieważ jestem w ruchu cały czas. Nie ma tygodnia, w którym nie byłbym w Tatrach, bardzo dobrze się prowadzę, jeśli chodzi o rozrywki i używki. Na pewno należy być w bardzo dobrej formie aerobowej, czyli mieć odpowiednią wydolność organizmu. Należy przejść badania, spojrzeć w siebie, żeby zobaczyć czy trzeba jeszcze pobiegać czy powspinać, jeśli należy wzmocnić jakieś konkretne partie ciała oraz sprawdzić, czy ma się odpowiedni sprzęt. Amplituda temperatur na południowo-zachodniej stronie stoku Broad Peak jest bardzo duża: w namiocie latem w ciągu dnia może być 40 stopni a w nocy -20. Trzeba być na to przygotowanym. Ważne jest też odżywianie, to co ci smakuje na określonej wysokości. Bycie tak wysoko jest porównywalne ze stanem ciężkiego kaca: czasem nie chce się pić, wszystko jest spowolnione, nie masz ochoty na nic, nie wiesz co zrobić, żeby poczuć się lepiej. Trzeba znać swój organizm, wiedzieć, co pomoże w takiej sytuacji – tę wiedzę nabywa się latami. Ile trwa wyprawa na ośmiotysięcznik? Trzeba liczyć od półtora do dwóch miesięcy od drzwi do drzwi domu. Samo wejście zajmuje około czterech tygodni na wysoki ośmiotysięcznik a około trzech na niski, do 8200 metrów. Nie byłem na wysokości powyżej 8000 i podobno między tymi niskimi a wysokimi jest kolosalna różnica. Z perspektywy poziomu morza wydaje się, że to zaledwie kilkaset metrów, ale to inny świat. Jakie jest polskie środowisko wspinaczkowe? Są bohaterowie pozytywni i negatywni, są kłótnie i przyjaźnie, zdarzają się sytuacje, gdy ktoś komuś wbija nóż w plecy – nie jest to nieskazitelna brać. Ale warto oddzielać przyjaciół od kolegów, wiedzieć od kogo czego można oczekiwać. Wydaje mi się, że pomimo tego to zwyczajni ludzie ze wszystkimi zaletami i wadami, jakie mają wszyscy. Jest rywalizacja? Zdecydowanie. Być może większość – jestem prawie przekonany – powie, że z nikim nie rywalizuje, ale coś takiego się czuje. A widać to teraz, w dobie Facebooka, kiedy na bieżąco ludzie często skaczą tam sobie do gardła. Są odważniejsi tam albo na forach internetowych, gdzie pozwalają sobie na więcej niż są w stanie powiedzieć prosto w twarz. Są niesprawiedliwe oceny, oskarżenia, sportowa zazdrość i niespełnione ambicje, ale też kwestie charakteru. Skończył się Program Polski Himalaizm Zimowy, który funkcjonował w latach 2010-2015. Co dalej? Artur Hajzer, pomysłodawca i kierownik tego projektu zginął w 2013 roku. Schedę przejął po nim jego wspólnik i partner wspinaczkowy, Janusz Majer, który ten program kontynuuje, ale już pod nazwą „Polskie Himalaje”. Nie chodzi tylko o zdobycie zimowe szczytu K2, ale również o przejście szeregu trudnych ścian, ale też pomoc w logistyce i umożliwienie polskim wspinaczom wspinania na najtrudniejszych ścianach świata. Widok ze stoków Broad Peak, widok na K2, fot. Alex Gavan. Co w tym momencie oceniasz jako swój największy sukces? Mam szereg przejść w Tatrach, które dały mi najwięcej satysfakcji. Nie wiem, jak one są odbierane, ale nie to definiuje sukces. W Alpach z kilkunastu ścian, które udało mi się przejść zimą, największą przygodą była północna ściana Eigeru. To najbardziej znana góra w historii alpinizmu ekstremalnego, na punkcie której obsesję miał już Hitler – bardzo chciał, żeby została zdobyta przez wspinaczy III Rzeszy… Robiłem trudniejsze rzeczy, natomiast tę ścianę uważam za swoją największą przygodę. Jakie masz najbliższe plany? K2? Raczej chciałbym poprowadzić jakąś piękną drogę tam lub na innym wysokim szczycie, taką której nikt wcześniej nie przeszedł. Chciałbym jak najdłużej się wspinać i czerpać z tego jak najwięcej radości. Nie odróżniam wspinania od życia: życie jest wspinaniem, a wspinanie życiem. Nie zmierzam do konkretnych celów, ale to, co robię jest celem, do którego doszedłem. Podchodzisz do wspinania w sposób rozważny. Jest w tym dużo instynktu samozachowawczego, popartego doświadczeniem. Myślę, że każdy, kto się wspina i nadal żyje, powie to samo. Mam jeszcze wiele słabych stron, nad którymi pracuję. To łączy się z tym, że wycofy, akcje, które nie udały się sportowo, ale udały się decyzyjnie nie raz sprawiły, że byłem z siebie dumny, bo podjąłem taką a nie inną decyzję. Wchodzi się wtedy, kiedy pozwalają na to wszystkie okoliczności: forma, pogody i warunki. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby umieć się zachować, a nie tylko wejść. Wspinanie to coś więcej niż hobby? Nie traktuję wspinania jako formy spędzania wolnego czasu. Ustawiłem pod to całe życie, zarówno zawodowe jak i rodzinne, więc na pewno jest to coś więcej. Wszystkie plany i większość marzeń jest ukierunkowanych na wspinanie. Być może jest to jakiś rodzaj obsesji czy uzależnienia. Zdaję sobie sprawę, że może nie brzmieć to dobrze (śmiech), ale traktuję to na poważnie. Co w górach jest najważniejsze? Bycie w górach jest celem samym w sobie. Góry to jedyne miejsce, w którym czuję, że nie marnuję czasu, jestem na właściwym miejscu. Jednocześnie wiem, że wymaga to ode mnie szeregu cech, dzięki którym mogę się wreszcie zaprezentować… przed samym sobą. Spełniam swój potencjał, jestem wtedy najlepszą osobą jaką mogę być. [white_box] *Kacper Tekieli to członek Klubu Wysokogórskiego Trójmiasto, instruktor wspinaczki sportowej, zamieszkały w Krakowie. Wspinał się w górach USA i Alpach. W Tatrach przeszedł blisko 100 dróg, w tym około 60 zimowych, wielokrotnie w samotnym stylu. W 2010 roku w ramach VI International Elbrus Race, wbiegł na najwyższy szczyt Rosji w niecałe 5 godzin. Od 2010 roku uczestnik programu „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015” w ramach którego wziął udział w wyprawach na Makalu (8463m) i Broad Peak Middle (8016m). [/white_box]
He wed Justyna Kowalczyk-Tekieli, a five-time Olympic medallist in cross-country skiing who has since given up the sport, in September 2020. In addition to winning gold in the women’s 30-kilometer classical event at the 2010 Winter Olympics in Vancouver and the 10-kilometer classical event at the 2014 Winter Olympics in Sochi, Kowalczyk-Tekieli had a distinguished career.
Historię nowożeńców, którzy przez krótką chwilę cieszyli się obrączkami na palcach, opisał "Daily Mail". Tuż po złożeniu przysięgi panna młoda potknęła się. Jej świeżo upieczony mąż skomentował całe zajście słowami: "jesteś głupia". Nie musiał czekać długo na reakcję małżonki. Kobieta poczuła się urażona. Do tego stopnia, że poprosiła od anulowanie małżeństwa. Jej prośba została spełniona. W związku z tym rozwiodła się z partnerem raptem po trzy minuty od zakończenia ceremonii. To bez wątpienia najszybszy rozwód i jednocześnie najkrtótsze małżeństwo na świecie. Kobieta zyskała sympatię internautek, które uważają, że postąpiła słusznie, nie dając się obrazać mężowi. A wy jak uważacie? Zareagowała zbyt impulsywnie czy podjęła słuszną decyzję? #Poland most trending wikipedia pages for May 18th ⭐#Justyna_Kowalczyk with 134.8K views ⚡ ⭐#Kacper_Tekieli with 122.7K views ⚡ ⭐#Małgorzata_Lebda with 15.8K views ⚡ For more trending pages, please visit: https://wikipedia-trends.com. 19 May 2023 02:03:48
Z Małgorzatą Lebdą rozmawiają Jerzy Borowczyk i Krzysztof Skibski Rozmawiamy na początku lipca w Tribece na krakowskim placu Szczepańskim. To Pani zaproponowała miejsce. Trochę się już po okolicy pokręciliśmy, obserwowaliśmy ludzi, architekturę. Chcielibyśmy zacząć od pytania: lato w mieście. Ma Pani na to jakiś sposób? Lato w mieście… Mój pomysł polega na tym, aby wyjechać poza miasto. Od półtora roku do Krakowa sprowadza mnie przede wszystkim praca i wydarzenia kulturalne. Wyprowadziliśmy się bowiem ze ścisłego centrum. Można powiedzieć, że coraz bardziej ciążymy w kierunku wsi. Miasto nie jest dobrym miejscem na lato. Szczególnie Kraków, w którym zarówno zimą, jak i latem nie mamy czym oddychać. Z zazdrością myślę o Poznaniu, w którym oddycham z ulgą. Kojarzę to miasto z wiatrem i dużymi przestrzeniami. Tak Pani myśli? Tak postrzegam Poznań. Przypomina mi trochę Warszawę pomieszaną z Moskwą! Jakoś trzeba jednak w tym Krakowie żyć. Spędzać także letni czas. Myślimy zwłaszcza o chwilach niewypełnionych pracą. Ma Pani jakieś ulubione miejsca? Nisze? Moje zainteresowania sztukami wizualnymi nie pozwalają mi obojętnie przechodzić obok galerii czy muzeów. Bardzo często korzystam z tego, co się tutaj dzieje. A dzieje się bardzo dużo. Myślałam nawet o tym, że powinien zostać stworzony portal, który koordynowałby wszystkie imprezy kulturalne w ten sposób, aby na przykład różne spotkania autorskie nie nakładały się na siebie. Niejednokrotnie w Krakowie odbywa się kilka takich spotkań naraz. Najgorzej jest wtedy, gdy ich bohaterami są znajomi. Rodzi się wówczas wielkie prawdopodobieństwo, że ktoś się „obrazi”. Trudno bowiem się rozdwoić. To miasto wielu inicjatyw, wypełnione mnóstwem wspaniałych ludzi, z którymi chciałoby się spotykać, rozmawiać. Można by stać się tu tylko bywalcem kawiarni i na tym ciekawie spędzić życie. Praca trzyma mnie jednak skutecznie w przysłowiowym pionie, i niestety też przy komputerze. Jak się z tego kołowrotu wyrwać? Mam swoje sposoby. Przede wszystkim aktywność fizyczna. To moje uzależnienie, czerpię z tego wielką przyjemność i dużo siły. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy na Bronowicach, niemal codziennie biegałam wokół Błoni. Trudno byłoby zliczyć, ile kilometrów tam zrobiłam. Właściwie cały mój doktorat powstał na podstawie tego, co przychodziło mi do głowy podczas biegania właśnie tam. Lubię sportowe wyzwania, biegam ultramaratony, dwa lata temu wymyśliłam, że przebiegnę 100 kilometrów po górach i rok temu zrobiłam to w ramach Biegu Siedmiu Dolin w Beskidzie Sądeckim. Metafizyczne doświadczenie. Polecam wszystkim! Podobnie jak wspinanie, mój mąż jest himalaistą, mam więc ułatwiony dostęp do tego typu aktywności, z czego często korzystam. Innym skutecznym sposobem są po prostu podróże, to jest dla mnie ładowanie akumulatorów. A jak wyglądają okolice, w których teraz Pani mieszka? Są to tereny na pograniczu miasta i wsi. Wioski, które zaczynają się tuż za naszą ulicą, są bardzo podobne do tej, z której pochodzę. Te same zapachy palonych ognisk, widok dzieciaków bawiących się w potokach. Takie okoliczności mocno mnie inspirują. Fizycznie, wręcz namacalnie mogę powrócić do sensualnych doznań związanych z moim dzieciństwem. Poza tym już czuję się związana z tymi miejscami, można powiedzieć, że je sobie wybiegałam. Jeśli tylko czas na to pozwala, pojawiam się tam niemal codziennie, biegnąc swój ulubiony dystans 10 kilometrów i tam już pół wsi mi się kłania, ludzie zagadują, komentują. To jest dom jednorodzinny? Mieszkamy w kamienicy na najwyższym piętrze. Historia naszego zamieszkania tam jest nieco dziwna. Co takiego? Kiedy decydowaliśmy się na to mieszkanie, trzeba było bardzo szybko podjąć decyzję. Nie mogliśmy go dokładnie obejrzeć, bo ktoś tam ciągle mieszkał. Nie widzieliśmy też, co jest za oknami. Mieliśmy świadomość, że w najgorszym razie grozi nam sytuacja, że zamieszkamy w środku blokowiska. Dopiero po podpisaniu umowy, gdy poprzednich lokatorów już nie było, okazało się, że nasze okna wychodzą na kwadrat łąki z okazałymi drzewami, to wszystko otoczone przez bloki. Mamy stąd piękny widok na Beskidy, czasem na horyzoncie widać kontury tatrzańskich szczytów, a także na Kraków, na który patrzymy z góry i możemy obserwować – niestety bardzo często – wiszący nad nim smog. Mieszkamy więc w sąsiedztwie strzeżonych, zamkniętych osiedli, w przestrzeni właściwie klaustrofobicznej, a jednak mamy widok na łąkę, która latem nie pozwala spać, tak głośno rozrabiają w niej świerszcze. I jest jeszcze to, na co mieszkając na wsi, nie zwracałam uwagi, a co było codziennością… Po dziesięciu latach mieszkania w mieście znowu słyszę ptaki, które zaczynają swoją aktywność już w okolicach trzeciej w nocy, rozpoznaję słowiki, drozdy, rudziki. Cudowne. Ściany bloków dodatkowo to nagłaśniają. Tak. Ta przestrzeń pomiędzy nimi zwielokrotnia te odgłosy. Cały ten zielony obszar w tym betonowym ogrodzeniu bloków to dla mnie coś w rodzaju małego arboretum. Czyli Pani prywatna mapa Krakowa jest niezbyt obszerna. Kilka punktów? Zawsze determinowały tę topografię najmocniej miejsca pracy i zamieszkania. Mam jednak za sobą pewien eksperyment z przestrzenią tego miasta. Coś, co narodziło się z potrzeby poznania go. Przyjrzenia się mu uważniej. Przed Bożym Narodzeniem krakowska „Gazeta Wyborcza” poprosiła mnie o tekst. Pomyślałam wtedy, że zrobię to, co lubię, czyli pobiegam i to opiszę. Aby mój pomysł zmieścić w jakieś ramy, zdecydowałam, że będzie to dystans maratoński. Miałam za sobą doświadczenie pierwszego w życiu maratonu, który pokonałam właśnie w Krakowie kilka lat wcześniej. Zastanawiało mnie, że nie pamiętałam z niego niczego, co dotyczyłoby miasta. Zależało mi więc na tym, aby odkryć miasto właśnie z perspektywy biegowej, bez poczucia, że ścigam się z kimkolwiek. Był to jednak nierozsądny pomysł. Dlaczego nierozsądny? Najpierw byłam zachwycona tym, jak genialna rzecz przyszła mi do głowy. Przedstawiłam pomysł redakcji, która na to, że fajnie, że okej, że „powodzenia!” [śmiech]. No i pojawiły się pierwsze wątpliwości. Przecież trzeba to przebiec, a była zima i… …smog. Tak! Biegłam w masce. Bardzo męczące! Jakieś zapamiętane obrazy z biegu? Budzące się miasto, zapalające się światła w mieszkaniach, ludzie krzątający się po kuchniach. I szczególnie ostatnie kilometry. Okolice kombinatu, Nowa Huta. W tym miejscu monumentalnie rozlewa się Wisła. Rzeka wyglądała tak, jakby cała była z rtęci. Przystawałam zahipnotyzowana, gdy o lustro wody uderzały ciała kormoranów i czarnych łysek. Na dodatek kompletna cisza, jakby ktoś odciął fonię. Wisła przypominała mi wtedy kadr z filmu Tarkowskiego. Którego? Ze „Stalkera”. Jest taka scena, jedna z końcowych, w której bohaterowie schodzą w kierunku rzeki. W jej tafli odbijają się ogromne kominy, krajobraz postindustrialny, wręcz apokaliptyczny. Najważniejsza jednak jest rzeka – niewzruszona, piękna. Coś jeszcze Pani pamięta z tego dnia? Było wiele drobiazgów. Biegłam wcześnie rano. To wzbudzało zainteresowanie wielu osób. No bo zima. Bo kobieta („Co ona tu robi?”). Dlaczego w masce? Wiele osób nie miało świadomości, że jest jakiś problem z zanieczyszczeniem powietrza i myśleli, że ta maska to tak dla szpanu. W ten sposób z lata w mieście zrobiła nam się zima miejska. Co ciekawe, w tym samym numerze „Wyborczej” znalazł się artykuł Kuby Kornhausera, który również przemierzał wtedy Kraków, ale na rowerze. Wyglądało to tak, jakbyśmy się umówili. Zresztą Kuba co jakiś czas dzieli się z czytelnikami swoimi rowerowymi przygodami. Bieganie czy jeżdżenie na rowerze wydaje mi się czymś, co pozwala wniknąć w tkankę miasta. Ciąg dalszy rozmowy ukaże się w numerze 3/2017 „Czasu Kultury”
Kacper Tekieli zmarł w Alpach na skutek wypadku w Stechelbergu. Komunikat w tej sprawie wydała policja w Szwajcarii. Kacper Tekieli w ostatnich dniach przebywał w szwajcarskich Alpach wraz ze Justyna Kowalczyk nie unika kontaktu ze swoimi fanami, których grono wciąż jest bardzo liczne, mimo że biegaczka już jakiś czas temu zakończyła swoją zawodową karierę. W ostatnim czasie aktywność mistrzyni olimpijskiej skupiła się wokół 29. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Justyna Kowalczyk wraz ze swoim mężem otwarcie wspierają WOŚP i nie inaczej było w tym roku. jej stanowisko w stosunku do kierowanej przez Jerzego Owsiaka fundacji wywołało jednak u internautów różne, nie tylko pozytywne emocje. Wśród komentarzy pod postem Justyny Kowalczyk na Twitterze, wyrażającym wsparcie dla WOŚP, pojawiły się także takie, które odnosiły się do… spraw rodzinnych byłej biegaczki. Jeden z komentujących znacznie przekroczył granicę, na co Justyna Kowalczyk nie mogła przymknąć oka. HORROR skoczków powróci?! To znów może być wielka katorga, wygląda to fatalnie W minionym roku Justyna Kowalczyk wyszła za mąż za Kacpra Tekieli. Fani byli zaskoczeni, bowiem sportsmenka nie zdradziła wcześniej daty swojego ślubu. Zewsząd zaczęły spływać gratulacje. Teraz, po kilku miesiącach od ceremonii, niektórzy fani zaczęli się zastanawiać, kiedy małżeństwo zdecyduje się na powiększenie rodziny i nie zważając na to, że może być to niekomfortowe, zaczynają pytać kiedy para będzie miała pierwszego potomka. Jeden z fanów okazał się jednak jeszcze odważniejszy i wprost napisał… żeby para „brała się” za powiększenie rodziny - Państwo Tekieli, brać się za potomstwo. Naród tego potrzebuje – napisał internauta. Obok tego wpisu Justyna Kowalczyk nie potrafiła przejść obojętnie. Oburzona sportsmenka postanowiła szybko i bezlitośnie odpowiedzieć - Proszę w nasze życie buciorami swoimi nie włazić. Dziękuję i pozdrawiam – odpisała Justyna Kowalczyk. Żona Kubackiego pokazała KRÓLEWSKI wózek córki. Dawid z dumą wozi w nim Zuzannę, kosztowne cacko Trudno dziwić się byłej biegaczce, ponieważ ponaglanie w tak intymnych sprawach przez anonimową osobę jest niezwykle niestosowne. Internauta zorientował się jednak, że popełnił błąd i postanowił przeprosić za swoje zachowanie. Justyna Kowalczyk ostro krytykuje władze ws koronawirusa
Małgorzata Lebda (n. 1985) s-a născut în satul Żeleźnikowa Wielka din Munții Beskizi. Este autoarea a șase volume de poezie și laureată a mai multor premii literare din Polonia, între care Premiul „Konstanty Ildefons Gałczyński” pentru volumul Matecznik (Sălașul, 2016) și Premiul Literar „Gdynia” pentru Sny uckermärkerów (Visele uckermärkerilor, 2018). Cea mai

W ostatnim dniu roku „szesnastego”, wspominam i próbuję zdobyć się na przemyślenia o tym co działo się w moim wspinaczkowym życiu przez ostatnie 366 dni. Rok ten obfitował w skrajne emocje, górskie „dniówki” podczas których wszystko szło jak po gruzie oraz takie, które zdawały się być pięknym snem. Niestety nie zabrakło również koszmarów, które po przysłowiowym uszczypnięciu się, okazywały się być rzeczywistością. Nie sposób ciekawie opisać każdej wspinaczki, każdego, nawet w pełni wspaniałego dnia w górach, nawet w Tatrach, gdzie każda chwila wydaje się być wyciągnięta z pomiędzy baśni. Niezbędna była wstępna, a później restrykcyjna selekcja. Ostatecznie zdecydowałem się wspomnieć o kilku przejściach – górskich przygodach, z ważną adnotacją: o charakterze każdej z nich zadecydowała suma doświadczeń, również tych mniej zauważalnych, bardziej zwyczajnych, łatwiejszych, nie zakończonych sukcesem lub nawet zapomnianych czy nieuświadomionych. Gdy ponad półtora roku temu przechodziłem Śnieżną Dolinę, zafascynowała mnie środkowa część północnej flanki Lodowego Szczytu. Już z daleka (przy dobrym wietrze nawet z okna mojego krakowskiego mieszkania) widać na niej cieniutkie linie, śnieżno-lodowe kuluary, wyprowadzające na wierzchołek jednej z wież Kapałkowej Grani. Miałem to szczęście, że również zafascynowany, a lepiej znający ją ode mnie Andrzej Marcisz, zaplanował wspinaczkę Kapałkowym Koryciskiem. Falstart, a raczej zbyt późne w skali roku podejście, miało miejsce w maju 2015r. Nasza próba załamała się już na pierwszym lodospadzie, a raczej w miejscu w którym przez prawie połowę roku występuje. Nie zniechęceni tematem podjęliśmy kolejną próbę pół roku później, podczas krótkiego, styczniowego dnia, z niemałą ilością śniegu pod nogami. Droga zaoferowała oszałamiającą scenerię, niewygórowane trudności, przekłamane, ale jednak uczucie bycia „odkrywcą” (Kapałkowe Korycisko miało oczywiście przejścia, lecz należy do linii zdecydowanie rzadko uczęszczanych) i niezwykle logiczną linię. Szczyt, gdzieś w środku potężnego jak na warunki tatrzańskie masywu Lodowego, oznaczał połowę drogi – drugą, po kilku zjazdach i czujnym zejściu, pokonaliśmy w ciemnościach, szczęśliwie opuszczając Suchą Jaworową i wstępując na turystyczny szlak. Po przejściu Kapałkowego Koryciska Marcisz W lutym, razem z Damianem Granowskim złapaliśmy tatrzańskie „last minute”, co oznaczało tyle, że po pokonaniu kluczowego wyciągu Sprężyny na ścianie Kotła Kazalnicy, rozpoczął się okres dłuższego załamania pogody. Dla nas, a szczególnie dla Damiana, który prowadził górną część drogi, oznaczało to męczarnię w czasie dokończenia linii, oraz zjazdu do podstawy ściany. Sprężyna zimą, to wymagający morskooczny klasyk, o eleganckim i odważnym przebiegu, pochodzący z czasów gdy taternickie umiejętności i psycha odgrywały ważniejszą rolę niż dzisiaj. Aby spróbować dorównać „pra-kolegom”, właściciele zakrzywionych dziabek i kolorowego setu camów, wymyślili zimową „klasykę”, wedle której robiona Sprężyna, na nowo daje w kość i w bułę. Wspinanie na Sprężynie fot. Damian Granowski W marcu, razem z Andrzejem Życzkowskim rzuciliśmy się w wir przygody i świat duchów na być może najsłynniejszej drodze alpejskiej tej części świata, tego kręgu kulturowego. Do Grindenwaldu dojechaliśmy nazajutrz po regeneracyjnym, po-podróżnym noclegu w pobliskim Kanderstegu. Niestety prognozy okazały się nie najlepsze. Dzień opadu, doba silnego wiatru i kilkunastogodzinne przejaśnienie; w ten rozkład meteorologicznej jazdy winniśmy byli się wpasować. Zakładając, że samo wspinanie zajmie nam dwa dni, mogliśmy wybrać: albo wbijamy się w ścianę w czasie załamania, ale po jeszcze widocznych śladach poprzedników, albo w czasie ładnej aury, ale fatalnych warunkach śnieżnych. Wybraliśmy opcje pierwszą i dwie doby po opuszczeniu kraju, kluczyliśmy polami śnieżnym drogi Heckmaiera na północnej ścianie Eigeru. Zmagania z wiatrem i sypiącym śniegiem sprawiły, że dopiero około 19:00 dotarliśmy do tzw. Biwaku Śmierci – najlepszego miejsca biwakowego drogi klasycznej. Ze względu na bardzo silny wiatr, który przeciągał się do rana, wspinaczkę wznowiliśmy dopiero o 9:00 rano. Mimo sprawnego pokonania Rampy, Trawersu Bogów i Białego Pająka, już na początku Rys Wyjściowych zapadła ciemność i powrócił silny wiatr. Po krótkim posiłku wznowiliśmy wspinaczkę w stronę odległego jeszcze wbrew pozorom szczytu, na którym zameldowaliśmy się o 3 w nocy. Wkład energetyczny włożony w to przedsięwzięcie skłania do refleksji. Z pewnością nie o takim wysiłku i stylu myśleliśmy, jednak zdecydowaliśmy przymierzyć nasze zasoby do zastanej sytuacji, nie aby traktować samą „Mordwand” w kategorii wyczynu, lecz podejść odrobinę bliżej do „płotu” swoich ograniczeń i z tej perspektywy popatrzeć na górski świat. To taką ciągłość i wzajemne przenikanie się doświadczeń miałem na myśli we wstępie niniejszego tekstu. Takie i inne doświadczenia wpływają w sposób pośredni i bezpośredni na mityczne, „wspinaczki idealne”. I w ten sposób, płynnie przechodzę do kolejnego miesiąca, kwietnia. Wycieczka aklimatyzacyjna na stoki Kedar Dome Życzkowski Tego dnia wszystko wydawało się idealne, zapowiadana aura, samopoczucie, historia pogody. Na Łysą Polanę dojechałem bezpośrednio z Krakowa, zasnąłem jeszcze na dwie godziny w samochodzie. Około 4:00 nad ranem ruszyłem szybkim krokiem w stronę Wielkiego Młynarzowego Żlebu. Już na pierwszych metrach podejścia moja odporność psychiczna została wystawiona na próbę; na wejściu do Doliny Białej Wody natrafiłem na taśmę ogradzającą teren wypadku, a tuż za nią samochód policyjny. Z przerażeniem zobaczyłem, że tuż koło radiowozu leży rozbity szybowiec, a koło niego plecak, należący prawdopodobnie do pilota. Przez chwilę myślałem, że to tyle na dzisiaj, jednak silna wola i racjonalizm podjęły walkę. Upewniwszy się, że policjanci śpią, przemknąłem pod taśmami i podbiegając ruszyłem dalej. Na pewność siebie musiałem zaczekać jeszcze kolejne kilka godzin, a obraz widziany w szarości poranka towarzyszył mi przez cały dzień. W Młynarzowy Żleb wbiłem się bez szpeju, bez liny, uprzęży czy lonżek dziabowych. Gdy wspomniana pewność siebie powróciła, zagubił się gdzieś dobry warun i z trudem gramoliłem się po kolejnych zgliszczach pięknych młynarzowych lodów. Po osiągnięciu przełęczy, a później wierzchołka Młynarza dobry nastrój wrócił, a wola wspinania nasiliła się po zobaczeniu idealnej lodowej linii północnej ściany Wysokiej. Wiedziałem, że to „ten dzień”. Ruszyłem granią w stronę Spadowej Doliny, którą po przewspinaniu w dół osiągnąłem dolne piętro Doliny Ciężkiej. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach podjąłem wspinaczkę wymarzoną od lat ścianą, drogą Stanisławskiego, która zaproponowała dobry lód, miejscami odrobinę cieńszy od ideału, oraz kilkunastometrowy mikstowy trawers. Po pokonaniu dwóch kluczowych odcinków, moje serce zaczęło bić szybciej. Po wybiegnięciu na szczyt Wysokiej ruszyłem granią (szukając łatwości również poniżej jej linii) w stronę Ciężkiego Szczytu a później w stronę Wagi i z powrotem do Doliny Ciężkiej. W samochodzie zameldowałem się 15 godzin od jego opuszczenia a w Krakowie około godziny 21, spełniając swoje marzenie z dużą nawiązką. W północnej ścianie Wysokiej Podobną „wyrypę idealną” przeżyłem we wrześniu, kiedy to udało mi się przejść solo (tym razem z kawałkiem liny i kilkoma zabawkami w plecaku) Lewy Filar Rumanowego, a później przedostać się granią na Ganki, wierzchołki Wysokiej i Ciężki Szczyt, schodząc i tym razem do Doliny Ciężkiej (w lecie trudniej!!!) przez Wagę. Jeszcze we wrześniu wraz z grupą kolegów, podzielonych na trzy zespoły, wylecieliśmy do Indii, w Himalaje Garwalu. Nasz zespół w skład którego wchodzili Janusz Gołąb i Andrzej Życzkowski miał na celu wejście na Shiviling Drogą Brytyjską, jednak finalnie wybraliśmy Drogę Japońską. Historia, która wydarzyła się później przyćmiła naszą próbę, oraz w zasadzie cały miniony rok. W Himalajach zostało dwóch naszych kolegów: Łukasz Chrzanowski i Grzesiek Kukurowski. Ich pamięci poświęcam wszystkie wspomnienia związane z minionym rokiem. Mam na uwadze jednak to, że góry nie są ani dobre ani złe i że w te góry prawdopodobnie każdy z nas wróci w każdym kolejnym, nowym roku. Tym samym chciałbym zwrócić się w stronę wszystkich partnerów, koleżanek, kolegów, towarzyszy; podziękować i życzyć kolejnych, wspólnych dwunastu miesięcy. Kacper w pobliżu ostrza Filara Japońskiego w południowej ścianie Shiviling Gołąb Wybrane przejścia 2016 roku: Styczeń: Wielka Kapałkowa Turnia, Kapałkowe Korycisko (WI3+, III, OS, ~6h) partner: Andrzej Marcisz Luty: Kocioł Kazalnicy, Sprężyna (M7/7+,7+, OS, 7h) partner: Damian Granowski Marzec: Alpy Berneńskie, Eiger, Heckmaier (ED2, WI4, M5, A0, 3 dni, 32,5h netto ) partner: Andrzej Życzkowski Kwiecień: Młynarz: Wlk. Młynarzowy Żleb (WI4, 3+, OS, free solo, 2,5h) + Wysoka, Stanisławski (5, WI4+, OS, free solo, 1h40min) Maj: Batyżowiecki Szczyt, Cihulov Pillar (V+, OS, 3h) partner: Sandy Allan Lipiec: Ganek, Południowy Filat (V, OS, 2h) partner: Małgosia Lebda Sierpień: Paklenica, Anica Kuk, Klin (VII+, RP, 7h) partner: Małgosia Lebda wrzesień: Mnich, Wachowicz (VIII-, RP, 3h) partner: Przemek Pawlikowski wrzesień: Lewy Filar Rumanowego (IV+, OS, solo, 1h30min) + granią do Ciężkiego (III+, ze znajmością) październik: Himalaje Garwalu , Shiviling (6543m), próba na Drodze Japońskiej załamana na ~6340m Kacper Tekieli (KWT, Polar Sport, Black Diamond,

\n\n kacper tekieli małgorzata lebda
Siostry Godlewskie – życiorys, wiek i miejsce urodzenia. Słynne celebrytki, rozpoznawane na każdym kroku, zyskały rozgłos dzięki swojemu kanałowi na YouTube dzięki swoim popisom wokalnym, mocnym makijażom oraz skąpym stylizacją to duet, w skład którego wchodzi Esmeralda i Małgorzata. Niewiele osób wie, że prawdziwym imieniem
\n \n\n\n kacper tekieli małgorzata lebda
Q11799045 ? (2016) Q11747866 ? (2016) Gdynia Literary Prize d (2018) Wislawa Szymborska Award d (2022) Медіафайли у Вікісховищі Малґожата Лебда (пол. Małgorzata Lebda ; 1985 , Новий Сонч) — польська поетка, науковець, фотограф.
Małgorzata Lebda, fot. Kuba Ociepa (2016) Uniwersytet Pedagogiczny im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Nagroda Poetycka im. Wisławy Szymborskiej (2022) Małgorzata Lebda (ur. 23 sierpnia 1985 w Nowym Sączu [1]) – polska poetka, fotografik, doktor nauk humanistycznych, laureatka Nagrody Literackiej Gdynia . Nowy rekord Kacpra Tekieli jest niezwykle zaskakujący i imponujący. Wielka korona Tatr Wielk Fenomenalny wynik i zaliczenie 14 szczytów w niecałe dwie doby! Kacper Jestem. Bogusława Sochańską Tato informační stránka o Małgorzata Lebda zobrazuje poslední internetové články, ve kterých se výraz "Małgorzata .