He wed Justyna Kowalczyk-Tekieli, a five-time Olympic medallist in cross-country skiing who has since given up the sport, in September 2020. In addition to winning gold in the women’s 30-kilometer classical event at the 2010 Winter Olympics in Vancouver and the 10-kilometer classical event at the 2014 Winter Olympics in Sochi, Kowalczyk-Tekieli had a distinguished career.Historię nowożeńców, którzy przez krótką chwilę cieszyli się obrączkami na palcach, opisał "Daily Mail". Tuż po złożeniu przysięgi panna młoda potknęła się. Jej świeżo upieczony mąż skomentował całe zajście słowami: "jesteś głupia". Nie musiał czekać długo na reakcję małżonki. Kobieta poczuła się urażona. Do tego stopnia, że poprosiła od anulowanie małżeństwa. Jej prośba została spełniona. W związku z tym rozwiodła się z partnerem raptem po trzy minuty od zakończenia ceremonii. To bez wątpienia najszybszy rozwód i jednocześnie najkrtótsze małżeństwo na świecie. Kobieta zyskała sympatię internautek, które uważają, że postąpiła słusznie, nie dając się obrazać mężowi. A wy jak uważacie? Zareagowała zbyt impulsywnie czy podjęła słuszną decyzję? #Poland most trending wikipedia pages for May 18th ⭐#Justyna_Kowalczyk with 134.8K views ⚡ ⭐#Kacper_Tekieli with 122.7K views ⚡ ⭐#Małgorzata_Lebda with 15.8K views ⚡ For more trending pages, please visit: https://wikipedia-trends.com. 19 May 2023 02:03:48
Z Małgorzatą Lebdą rozmawiają Jerzy Borowczyk i Krzysztof Skibski Rozmawiamy na początku lipca w Tribece na krakowskim placu Szczepańskim. To Pani zaproponowała miejsce. Trochę się już po okolicy pokręciliśmy, obserwowaliśmy ludzi, architekturę. Chcielibyśmy zacząć od pytania: lato w mieście. Ma Pani na to jakiś sposób? Lato w mieście… Mój pomysł polega na tym, aby wyjechać poza miasto. Od półtora roku do Krakowa sprowadza mnie przede wszystkim praca i wydarzenia kulturalne. Wyprowadziliśmy się bowiem ze ścisłego centrum. Można powiedzieć, że coraz bardziej ciążymy w kierunku wsi. Miasto nie jest dobrym miejscem na lato. Szczególnie Kraków, w którym zarówno zimą, jak i latem nie mamy czym oddychać. Z zazdrością myślę o Poznaniu, w którym oddycham z ulgą. Kojarzę to miasto z wiatrem i dużymi przestrzeniami. Tak Pani myśli? Tak postrzegam Poznań. Przypomina mi trochę Warszawę pomieszaną z Moskwą! Jakoś trzeba jednak w tym Krakowie żyć. Spędzać także letni czas. Myślimy zwłaszcza o chwilach niewypełnionych pracą. Ma Pani jakieś ulubione miejsca? Nisze? Moje zainteresowania sztukami wizualnymi nie pozwalają mi obojętnie przechodzić obok galerii czy muzeów. Bardzo często korzystam z tego, co się tutaj dzieje. A dzieje się bardzo dużo. Myślałam nawet o tym, że powinien zostać stworzony portal, który koordynowałby wszystkie imprezy kulturalne w ten sposób, aby na przykład różne spotkania autorskie nie nakładały się na siebie. Niejednokrotnie w Krakowie odbywa się kilka takich spotkań naraz. Najgorzej jest wtedy, gdy ich bohaterami są znajomi. Rodzi się wówczas wielkie prawdopodobieństwo, że ktoś się „obrazi”. Trudno bowiem się rozdwoić. To miasto wielu inicjatyw, wypełnione mnóstwem wspaniałych ludzi, z którymi chciałoby się spotykać, rozmawiać. Można by stać się tu tylko bywalcem kawiarni i na tym ciekawie spędzić życie. Praca trzyma mnie jednak skutecznie w przysłowiowym pionie, i niestety też przy komputerze. Jak się z tego kołowrotu wyrwać? Mam swoje sposoby. Przede wszystkim aktywność fizyczna. To moje uzależnienie, czerpię z tego wielką przyjemność i dużo siły. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy na Bronowicach, niemal codziennie biegałam wokół Błoni. Trudno byłoby zliczyć, ile kilometrów tam zrobiłam. Właściwie cały mój doktorat powstał na podstawie tego, co przychodziło mi do głowy podczas biegania właśnie tam. Lubię sportowe wyzwania, biegam ultramaratony, dwa lata temu wymyśliłam, że przebiegnę 100 kilometrów po górach i rok temu zrobiłam to w ramach Biegu Siedmiu Dolin w Beskidzie Sądeckim. Metafizyczne doświadczenie. Polecam wszystkim! Podobnie jak wspinanie, mój mąż jest himalaistą, mam więc ułatwiony dostęp do tego typu aktywności, z czego często korzystam. Innym skutecznym sposobem są po prostu podróże, to jest dla mnie ładowanie akumulatorów. A jak wyglądają okolice, w których teraz Pani mieszka? Są to tereny na pograniczu miasta i wsi. Wioski, które zaczynają się tuż za naszą ulicą, są bardzo podobne do tej, z której pochodzę. Te same zapachy palonych ognisk, widok dzieciaków bawiących się w potokach. Takie okoliczności mocno mnie inspirują. Fizycznie, wręcz namacalnie mogę powrócić do sensualnych doznań związanych z moim dzieciństwem. Poza tym już czuję się związana z tymi miejscami, można powiedzieć, że je sobie wybiegałam. Jeśli tylko czas na to pozwala, pojawiam się tam niemal codziennie, biegnąc swój ulubiony dystans 10 kilometrów i tam już pół wsi mi się kłania, ludzie zagadują, komentują. To jest dom jednorodzinny? Mieszkamy w kamienicy na najwyższym piętrze. Historia naszego zamieszkania tam jest nieco dziwna. Co takiego? Kiedy decydowaliśmy się na to mieszkanie, trzeba było bardzo szybko podjąć decyzję. Nie mogliśmy go dokładnie obejrzeć, bo ktoś tam ciągle mieszkał. Nie widzieliśmy też, co jest za oknami. Mieliśmy świadomość, że w najgorszym razie grozi nam sytuacja, że zamieszkamy w środku blokowiska. Dopiero po podpisaniu umowy, gdy poprzednich lokatorów już nie było, okazało się, że nasze okna wychodzą na kwadrat łąki z okazałymi drzewami, to wszystko otoczone przez bloki. Mamy stąd piękny widok na Beskidy, czasem na horyzoncie widać kontury tatrzańskich szczytów, a także na Kraków, na który patrzymy z góry i możemy obserwować – niestety bardzo często – wiszący nad nim smog. Mieszkamy więc w sąsiedztwie strzeżonych, zamkniętych osiedli, w przestrzeni właściwie klaustrofobicznej, a jednak mamy widok na łąkę, która latem nie pozwala spać, tak głośno rozrabiają w niej świerszcze. I jest jeszcze to, na co mieszkając na wsi, nie zwracałam uwagi, a co było codziennością… Po dziesięciu latach mieszkania w mieście znowu słyszę ptaki, które zaczynają swoją aktywność już w okolicach trzeciej w nocy, rozpoznaję słowiki, drozdy, rudziki. Cudowne. Ściany bloków dodatkowo to nagłaśniają. Tak. Ta przestrzeń pomiędzy nimi zwielokrotnia te odgłosy. Cały ten zielony obszar w tym betonowym ogrodzeniu bloków to dla mnie coś w rodzaju małego arboretum. Czyli Pani prywatna mapa Krakowa jest niezbyt obszerna. Kilka punktów? Zawsze determinowały tę topografię najmocniej miejsca pracy i zamieszkania. Mam jednak za sobą pewien eksperyment z przestrzenią tego miasta. Coś, co narodziło się z potrzeby poznania go. Przyjrzenia się mu uważniej. Przed Bożym Narodzeniem krakowska „Gazeta Wyborcza” poprosiła mnie o tekst. Pomyślałam wtedy, że zrobię to, co lubię, czyli pobiegam i to opiszę. Aby mój pomysł zmieścić w jakieś ramy, zdecydowałam, że będzie to dystans maratoński. Miałam za sobą doświadczenie pierwszego w życiu maratonu, który pokonałam właśnie w Krakowie kilka lat wcześniej. Zastanawiało mnie, że nie pamiętałam z niego niczego, co dotyczyłoby miasta. Zależało mi więc na tym, aby odkryć miasto właśnie z perspektywy biegowej, bez poczucia, że ścigam się z kimkolwiek. Był to jednak nierozsądny pomysł. Dlaczego nierozsądny? Najpierw byłam zachwycona tym, jak genialna rzecz przyszła mi do głowy. Przedstawiłam pomysł redakcji, która na to, że fajnie, że okej, że „powodzenia!” [śmiech]. No i pojawiły się pierwsze wątpliwości. Przecież trzeba to przebiec, a była zima i… …smog. Tak! Biegłam w masce. Bardzo męczące! Jakieś zapamiętane obrazy z biegu? Budzące się miasto, zapalające się światła w mieszkaniach, ludzie krzątający się po kuchniach. I szczególnie ostatnie kilometry. Okolice kombinatu, Nowa Huta. W tym miejscu monumentalnie rozlewa się Wisła. Rzeka wyglądała tak, jakby cała była z rtęci. Przystawałam zahipnotyzowana, gdy o lustro wody uderzały ciała kormoranów i czarnych łysek. Na dodatek kompletna cisza, jakby ktoś odciął fonię. Wisła przypominała mi wtedy kadr z filmu Tarkowskiego. Którego? Ze „Stalkera”. Jest taka scena, jedna z końcowych, w której bohaterowie schodzą w kierunku rzeki. W jej tafli odbijają się ogromne kominy, krajobraz postindustrialny, wręcz apokaliptyczny. Najważniejsza jednak jest rzeka – niewzruszona, piękna. Coś jeszcze Pani pamięta z tego dnia? Było wiele drobiazgów. Biegłam wcześnie rano. To wzbudzało zainteresowanie wielu osób. No bo zima. Bo kobieta („Co ona tu robi?”). Dlaczego w masce? Wiele osób nie miało świadomości, że jest jakiś problem z zanieczyszczeniem powietrza i myśleli, że ta maska to tak dla szpanu. W ten sposób z lata w mieście zrobiła nam się zima miejska. Co ciekawe, w tym samym numerze „Wyborczej” znalazł się artykuł Kuby Kornhausera, który również przemierzał wtedy Kraków, ale na rowerze. Wyglądało to tak, jakbyśmy się umówili. Zresztą Kuba co jakiś czas dzieli się z czytelnikami swoimi rowerowymi przygodami. Bieganie czy jeżdżenie na rowerze wydaje mi się czymś, co pozwala wniknąć w tkankę miasta. Ciąg dalszy rozmowy ukaże się w numerze 3/2017 „Czasu Kultury”Kacper Tekieli zmarł w Alpach na skutek wypadku w Stechelbergu. Komunikat w tej sprawie wydała policja w Szwajcarii. Kacper Tekieli w ostatnich dniach przebywał w szwajcarskich Alpach wraz ze Justyna Kowalczyk nie unika kontaktu ze swoimi fanami, których grono wciąż jest bardzo liczne, mimo że biegaczka już jakiś czas temu zakończyła swoją zawodową karierę. W ostatnim czasie aktywność mistrzyni olimpijskiej skupiła się wokół 29. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Justyna Kowalczyk wraz ze swoim mężem otwarcie wspierają WOŚP i nie inaczej było w tym roku. jej stanowisko w stosunku do kierowanej przez Jerzego Owsiaka fundacji wywołało jednak u internautów różne, nie tylko pozytywne emocje. Wśród komentarzy pod postem Justyny Kowalczyk na Twitterze, wyrażającym wsparcie dla WOŚP, pojawiły się także takie, które odnosiły się do… spraw rodzinnych byłej biegaczki. Jeden z komentujących znacznie przekroczył granicę, na co Justyna Kowalczyk nie mogła przymknąć oka. HORROR skoczków powróci?! To znów może być wielka katorga, wygląda to fatalnie W minionym roku Justyna Kowalczyk wyszła za mąż za Kacpra Tekieli. Fani byli zaskoczeni, bowiem sportsmenka nie zdradziła wcześniej daty swojego ślubu. Zewsząd zaczęły spływać gratulacje. Teraz, po kilku miesiącach od ceremonii, niektórzy fani zaczęli się zastanawiać, kiedy małżeństwo zdecyduje się na powiększenie rodziny i nie zważając na to, że może być to niekomfortowe, zaczynają pytać kiedy para będzie miała pierwszego potomka. Jeden z fanów okazał się jednak jeszcze odważniejszy i wprost napisał… żeby para „brała się” za powiększenie rodziny - Państwo Tekieli, brać się za potomstwo. Naród tego potrzebuje – napisał internauta. Obok tego wpisu Justyna Kowalczyk nie potrafiła przejść obojętnie. Oburzona sportsmenka postanowiła szybko i bezlitośnie odpowiedzieć - Proszę w nasze życie buciorami swoimi nie włazić. Dziękuję i pozdrawiam – odpisała Justyna Kowalczyk. Żona Kubackiego pokazała KRÓLEWSKI wózek córki. Dawid z dumą wozi w nim Zuzannę, kosztowne cacko Trudno dziwić się byłej biegaczce, ponieważ ponaglanie w tak intymnych sprawach przez anonimową osobę jest niezwykle niestosowne. Internauta zorientował się jednak, że popełnił błąd i postanowił przeprosić za swoje zachowanie. Justyna Kowalczyk ostro krytykuje władze ws koronawirusa
W ostatnim dniu roku „szesnastego”, wspominam i próbuję zdobyć się na przemyślenia o tym co działo się w moim wspinaczkowym życiu przez ostatnie 366 dni. Rok ten obfitował w skrajne emocje, górskie „dniówki” podczas których wszystko szło jak po gruzie oraz takie, które zdawały się być pięknym snem. Niestety nie zabrakło również koszmarów, które po przysłowiowym uszczypnięciu się, okazywały się być rzeczywistością. Nie sposób ciekawie opisać każdej wspinaczki, każdego, nawet w pełni wspaniałego dnia w górach, nawet w Tatrach, gdzie każda chwila wydaje się być wyciągnięta z pomiędzy baśni. Niezbędna była wstępna, a później restrykcyjna selekcja. Ostatecznie zdecydowałem się wspomnieć o kilku przejściach – górskich przygodach, z ważną adnotacją: o charakterze każdej z nich zadecydowała suma doświadczeń, również tych mniej zauważalnych, bardziej zwyczajnych, łatwiejszych, nie zakończonych sukcesem lub nawet zapomnianych czy nieuświadomionych. Gdy ponad półtora roku temu przechodziłem Śnieżną Dolinę, zafascynowała mnie środkowa część północnej flanki Lodowego Szczytu. Już z daleka (przy dobrym wietrze nawet z okna mojego krakowskiego mieszkania) widać na niej cieniutkie linie, śnieżno-lodowe kuluary, wyprowadzające na wierzchołek jednej z wież Kapałkowej Grani. Miałem to szczęście, że również zafascynowany, a lepiej znający ją ode mnie Andrzej Marcisz, zaplanował wspinaczkę Kapałkowym Koryciskiem. Falstart, a raczej zbyt późne w skali roku podejście, miało miejsce w maju 2015r. Nasza próba załamała się już na pierwszym lodospadzie, a raczej w miejscu w którym przez prawie połowę roku występuje. Nie zniechęceni tematem podjęliśmy kolejną próbę pół roku później, podczas krótkiego, styczniowego dnia, z niemałą ilością śniegu pod nogami. Droga zaoferowała oszałamiającą scenerię, niewygórowane trudności, przekłamane, ale jednak uczucie bycia „odkrywcą” (Kapałkowe Korycisko miało oczywiście przejścia, lecz należy do linii zdecydowanie rzadko uczęszczanych) i niezwykle logiczną linię. Szczyt, gdzieś w środku potężnego jak na warunki tatrzańskie masywu Lodowego, oznaczał połowę drogi – drugą, po kilku zjazdach i czujnym zejściu, pokonaliśmy w ciemnościach, szczęśliwie opuszczając Suchą Jaworową i wstępując na turystyczny szlak. Po przejściu Kapałkowego Koryciska Marcisz W lutym, razem z Damianem Granowskim złapaliśmy tatrzańskie „last minute”, co oznaczało tyle, że po pokonaniu kluczowego wyciągu Sprężyny na ścianie Kotła Kazalnicy, rozpoczął się okres dłuższego załamania pogody. Dla nas, a szczególnie dla Damiana, który prowadził górną część drogi, oznaczało to męczarnię w czasie dokończenia linii, oraz zjazdu do podstawy ściany. Sprężyna zimą, to wymagający morskooczny klasyk, o eleganckim i odważnym przebiegu, pochodzący z czasów gdy taternickie umiejętności i psycha odgrywały ważniejszą rolę niż dzisiaj. Aby spróbować dorównać „pra-kolegom”, właściciele zakrzywionych dziabek i kolorowego setu camów, wymyślili zimową „klasykę”, wedle której robiona Sprężyna, na nowo daje w kość i w bułę. Wspinanie na Sprężynie fot. Damian Granowski W marcu, razem z Andrzejem Życzkowskim rzuciliśmy się w wir przygody i świat duchów na być może najsłynniejszej drodze alpejskiej tej części świata, tego kręgu kulturowego. Do Grindenwaldu dojechaliśmy nazajutrz po regeneracyjnym, po-podróżnym noclegu w pobliskim Kanderstegu. Niestety prognozy okazały się nie najlepsze. Dzień opadu, doba silnego wiatru i kilkunastogodzinne przejaśnienie; w ten rozkład meteorologicznej jazdy winniśmy byli się wpasować. Zakładając, że samo wspinanie zajmie nam dwa dni, mogliśmy wybrać: albo wbijamy się w ścianę w czasie załamania, ale po jeszcze widocznych śladach poprzedników, albo w czasie ładnej aury, ale fatalnych warunkach śnieżnych. Wybraliśmy opcje pierwszą i dwie doby po opuszczeniu kraju, kluczyliśmy polami śnieżnym drogi Heckmaiera na północnej ścianie Eigeru. Zmagania z wiatrem i sypiącym śniegiem sprawiły, że dopiero około 19:00 dotarliśmy do tzw. Biwaku Śmierci – najlepszego miejsca biwakowego drogi klasycznej. Ze względu na bardzo silny wiatr, który przeciągał się do rana, wspinaczkę wznowiliśmy dopiero o 9:00 rano. Mimo sprawnego pokonania Rampy, Trawersu Bogów i Białego Pająka, już na początku Rys Wyjściowych zapadła ciemność i powrócił silny wiatr. Po krótkim posiłku wznowiliśmy wspinaczkę w stronę odległego jeszcze wbrew pozorom szczytu, na którym zameldowaliśmy się o 3 w nocy. Wkład energetyczny włożony w to przedsięwzięcie skłania do refleksji. Z pewnością nie o takim wysiłku i stylu myśleliśmy, jednak zdecydowaliśmy przymierzyć nasze zasoby do zastanej sytuacji, nie aby traktować samą „Mordwand” w kategorii wyczynu, lecz podejść odrobinę bliżej do „płotu” swoich ograniczeń i z tej perspektywy popatrzeć na górski świat. To taką ciągłość i wzajemne przenikanie się doświadczeń miałem na myśli we wstępie niniejszego tekstu. Takie i inne doświadczenia wpływają w sposób pośredni i bezpośredni na mityczne, „wspinaczki idealne”. I w ten sposób, płynnie przechodzę do kolejnego miesiąca, kwietnia. Wycieczka aklimatyzacyjna na stoki Kedar Dome Życzkowski Tego dnia wszystko wydawało się idealne, zapowiadana aura, samopoczucie, historia pogody. Na Łysą Polanę dojechałem bezpośrednio z Krakowa, zasnąłem jeszcze na dwie godziny w samochodzie. Około 4:00 nad ranem ruszyłem szybkim krokiem w stronę Wielkiego Młynarzowego Żlebu. Już na pierwszych metrach podejścia moja odporność psychiczna została wystawiona na próbę; na wejściu do Doliny Białej Wody natrafiłem na taśmę ogradzającą teren wypadku, a tuż za nią samochód policyjny. Z przerażeniem zobaczyłem, że tuż koło radiowozu leży rozbity szybowiec, a koło niego plecak, należący prawdopodobnie do pilota. Przez chwilę myślałem, że to tyle na dzisiaj, jednak silna wola i racjonalizm podjęły walkę. Upewniwszy się, że policjanci śpią, przemknąłem pod taśmami i podbiegając ruszyłem dalej. Na pewność siebie musiałem zaczekać jeszcze kolejne kilka godzin, a obraz widziany w szarości poranka towarzyszył mi przez cały dzień. W Młynarzowy Żleb wbiłem się bez szpeju, bez liny, uprzęży czy lonżek dziabowych. Gdy wspomniana pewność siebie powróciła, zagubił się gdzieś dobry warun i z trudem gramoliłem się po kolejnych zgliszczach pięknych młynarzowych lodów. Po osiągnięciu przełęczy, a później wierzchołka Młynarza dobry nastrój wrócił, a wola wspinania nasiliła się po zobaczeniu idealnej lodowej linii północnej ściany Wysokiej. Wiedziałem, że to „ten dzień”. Ruszyłem granią w stronę Spadowej Doliny, którą po przewspinaniu w dół osiągnąłem dolne piętro Doliny Ciężkiej. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach podjąłem wspinaczkę wymarzoną od lat ścianą, drogą Stanisławskiego, która zaproponowała dobry lód, miejscami odrobinę cieńszy od ideału, oraz kilkunastometrowy mikstowy trawers. Po pokonaniu dwóch kluczowych odcinków, moje serce zaczęło bić szybciej. Po wybiegnięciu na szczyt Wysokiej ruszyłem granią (szukając łatwości również poniżej jej linii) w stronę Ciężkiego Szczytu a później w stronę Wagi i z powrotem do Doliny Ciężkiej. W samochodzie zameldowałem się 15 godzin od jego opuszczenia a w Krakowie około godziny 21, spełniając swoje marzenie z dużą nawiązką. W północnej ścianie Wysokiej Podobną „wyrypę idealną” przeżyłem we wrześniu, kiedy to udało mi się przejść solo (tym razem z kawałkiem liny i kilkoma zabawkami w plecaku) Lewy Filar Rumanowego, a później przedostać się granią na Ganki, wierzchołki Wysokiej i Ciężki Szczyt, schodząc i tym razem do Doliny Ciężkiej (w lecie trudniej!!!) przez Wagę. Jeszcze we wrześniu wraz z grupą kolegów, podzielonych na trzy zespoły, wylecieliśmy do Indii, w Himalaje Garwalu. Nasz zespół w skład którego wchodzili Janusz Gołąb i Andrzej Życzkowski miał na celu wejście na Shiviling Drogą Brytyjską, jednak finalnie wybraliśmy Drogę Japońską. Historia, która wydarzyła się później przyćmiła naszą próbę, oraz w zasadzie cały miniony rok. W Himalajach zostało dwóch naszych kolegów: Łukasz Chrzanowski i Grzesiek Kukurowski. Ich pamięci poświęcam wszystkie wspomnienia związane z minionym rokiem. Mam na uwadze jednak to, że góry nie są ani dobre ani złe i że w te góry prawdopodobnie każdy z nas wróci w każdym kolejnym, nowym roku. Tym samym chciałbym zwrócić się w stronę wszystkich partnerów, koleżanek, kolegów, towarzyszy; podziękować i życzyć kolejnych, wspólnych dwunastu miesięcy. Kacper w pobliżu ostrza Filara Japońskiego w południowej ścianie Shiviling Gołąb Wybrane przejścia 2016 roku: Styczeń: Wielka Kapałkowa Turnia, Kapałkowe Korycisko (WI3+, III, OS, ~6h) partner: Andrzej Marcisz Luty: Kocioł Kazalnicy, Sprężyna (M7/7+,7+, OS, 7h) partner: Damian Granowski Marzec: Alpy Berneńskie, Eiger, Heckmaier (ED2, WI4, M5, A0, 3 dni, 32,5h netto ) partner: Andrzej Życzkowski Kwiecień: Młynarz: Wlk. Młynarzowy Żleb (WI4, 3+, OS, free solo, 2,5h) + Wysoka, Stanisławski (5, WI4+, OS, free solo, 1h40min) Maj: Batyżowiecki Szczyt, Cihulov Pillar (V+, OS, 3h) partner: Sandy Allan Lipiec: Ganek, Południowy Filat (V, OS, 2h) partner: Małgosia Lebda Sierpień: Paklenica, Anica Kuk, Klin (VII+, RP, 7h) partner: Małgosia Lebda wrzesień: Mnich, Wachowicz (VIII-, RP, 3h) partner: Przemek Pawlikowski wrzesień: Lewy Filar Rumanowego (IV+, OS, solo, 1h30min) + granią do Ciężkiego (III+, ze znajmością) październik: Himalaje Garwalu , Shiviling (6543m), próba na Drodze Japońskiej załamana na ~6340m Kacper Tekieli (KWT, Polar Sport, Black Diamond,
Siostry Godlewskie – życiorys, wiek i miejsce urodzenia. Słynne celebrytki, rozpoznawane na każdym kroku, zyskały rozgłos dzięki swojemu kanałowi na YouTube dzięki swoim popisom wokalnym, mocnym makijażom oraz skąpym stylizacją to duet, w skład którego wchodzi Esmeralda i Małgorzata. Niewiele osób wie, że prawdziwym imieniem